Cisza pośród braw
Ostatnie lata życia Violetty Villas były cichym znikaniem. Gwiazda, której głos elektryzował sale koncertowe od Las Vegas po Sopot, zamknęła się w swojej willi w Lewinie. Otoczona zwierzętami, pod opieką dawnej garderobianej, która stopniowo przejęła kontrolę nad jej światem, powoli wycofywała się z życia publicznego. Rzadko występowała, prawie nie opuszczała domu. Gdy w 2011 roku nadeszła wiadomość o jej śmierci, wokół panowały chłód, cisza i poczucie tragedii. Jednak najbardziej wymowny akt tej historii miał dopiero nadejść – w dniu jej ostatniego pożegnania.
Czerwone światło w ojczyźnie
Osamotnienie diwy nie zaczęło się w willi w Lewinie. Było procesem, który trwał latami, od momentu jej powrotu z Ameryki. W ojczyźnie, zamiast otwartych ramion, czekał na nią mur niechęci i zawodowej zawiści. Jak wspominał jej menedżer, Zbigniew Rybiński, Villas czuła, że w Polsce ma "czerwone światło".
To była prawda. Dla niej nie pisano, nie komponowano, zazdrość i zawiść ludzka powodowała to, że ona była izolowana
– mówił. Brak nowych piosenek i zaproszeń do telewizji był zawodowym wyrokiem. Branża, która powinna ją pielęgnować, odwróciła się od niej, spychając ją na margines i pogłębiając jej samotność.
Polecany artykuł:
Ostatnie pożegnanie, którego nie było
Kiedy zmarła, wydawało się, że Polska przypomni sobie o jej wielkości. Że na pogrzebie artystki jej formatu zjawią się tłumy, a przede wszystkim – koledzy i koleżanki ze sceny, którzy oddadzą jej hołd. Rzeczywistość okazała się jednak brutalnym lustrzanym odbiciem jej ostatnich lat. Ceremonia pogrzebowa stała się bolesnym dowodem na to, jak bardzo była w swoim środowisku sama. Zbigniew Rybiński z goryczą wspominał ten dzień: "Dowody na to były też po śmierci. Nikt ze znaczących artystów sceny polskiej nie był na jej pogrzebie. Nie było Santor, nie było Przybylskiej, Koterbskiej, Kunickiej, nie było Połomskiego".
Dowód, na który nikt nie czekał
Pustka na cmentarzu w Lewinie Kłodzkim była czymś więcej niż tylko niedopatrzeniem czy zbiegiem okoliczności. Nieobecność czołowych postaci polskiej estrady stała się symbolicznym, ostatnim aktem odrzucenia. To była niema pointa historii o kobiecie, której oklaskiwał świat, a której własne środowisko nie potrafiło ofiarować ani wsparcia za życia, ani szacunku po śmierci. Ta cisza nad jej grobem wybrzmiała głośniej niż największe przeboje – jako ostateczne potwierdzenie jej tragicznej samotności na szczycie, z którego tak boleśnie spadła.