Gdy Bohdan Smoleń opłakiwał syna, nie wiedział, że czeka go kolejny cios

2026-06-09 11:30

Polska widziała w nim komika o kamiennej twarzy, który jednym zdaniem potrafił rozbawić tłumy. Jednak to, co działo się w domu Bohdana Smolenia, gdy gasły światła sceny, było dramatem, od którego nie było ucieczki. Dopiero po latach zrozumieliśmy, jak wielki ciężar skrywał jego sceniczny geniusz.

Człowiek, który bawił, chociaż pękał od środka

Był artystą, którego nazwisko wywoływało euforię, a teksty skeczów z kabaretu Tey natychmiast wchodziły do języka potocznego. Bohdan Smoleń potrafił rozśmieszyć naród jednym ruchem wąsa, jednym spojrzeniem spod scenicznej grzywki. Na scenie wydawał się nietykalny – mistrz komizmu, którego puenty zaskakiwały w najbardziej nieoczywistych momentach. Jednak za kurtyną oklasków kryło się życie utkane z dramatów tak potężnych, że mogłyby złamać każdego. Śmiech miał we krwi, ale cierpienie niestety również.

Komedia zrodzona z rodzinnych ruin

Jego świat od początku naznaczony był pęknięciem. Matka, sparaliżowana od szyi w dół po chorobie Heine-Medina, i ojciec, który coraz głębiej pogrążał się w alkoholu i hazardzie. Biografka artysty, Katarzyna Czarnecka, w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” kreśliła obraz domu, w którym ojciec „nie bardzo interesuje się domem”. Humor stał się dla młodego Bohdana tarczą i jedyną przestrzenią, w której mógł swobodnie oddychać. Na scenie, u boku Zenona Laskowika, stworzył komediowy geniusz, który przyjaciel artysty, Krzysztof Deszczyński, porównywał do Bustera Keatona – człowieka o kamiennej twarzy. Ta twarz skrywała jednak więcej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

Dwa ciosy, po których nie dało się wstać

Prywatnie Smoleń starał się budować normalny dom, w którym z żoną Teresą wychowywał trzech synów. Jednak w 1990 roku jego światem wstrząsnęła tragedia. Nastoletni syn Piotr odebrał sobie życie. „To było kilkaset metrów od domu” – mówił po latach w programie „Niepokonani”. Komik sam znalazł ciało chłopca. Rok później los zadał kolejny, ostateczny cios. W marcu 1991 roku jego żona Teresa popełniła samobójstwo. „Powiesiła się na biustonoszu” – wyznał w tym samym programie. Nie zostawiła listu, nie dała żadnego wyjaśnienia. Po latach Smoleń podsumował to jednym, druzgocącym zdaniem: „Czas. Nikt, nic nie pomoże. Trzeba to samemu... połknąć”.

Przerwa, z której Bohdan Smoleń już nie wrócił

Po tych tragediach żył jak w zawieszeniu. Znajomi wspominali, że chodził jak człowiek „wyjęty z własnego życia”. Uciekł na wieś, gdzie założył fundację i pomagał dzieciom, odnajdując spokój wśród zwierząt. Jak mówił w rozmowie z PAP Zbigniew Górny: „Zgubił swój naturalny sposób bycia, uciekł w samotność”. Choć wracał na scenę, a rola listonosza Edzia w „Świecie według Kiepskich” dała mu nową falę popularności, ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Udary, paraliż, utrata mowy. „Na razie przerwa. Przerwa mać” – rzucił w jednym z wywiadów. Z tej przerwy już nie wrócił. Zmarł w 2016 roku, na zawsze pozostając w pamięci jako artysta, który był jednocześnie śmiechem i bólem.

Tak wygląda grób Bohdana Smolenia. Napis łamie nawet najtwardsze serca