Człowiek, który bawił, chociaż pękał od środka
Był artystą, którego nazwisko wywoływało euforię, a teksty skeczów z kabaretu Tey natychmiast wchodziły do języka potocznego. Bohdan Smoleń potrafił rozśmieszyć naród jednym ruchem wąsa, jednym spojrzeniem spod scenicznej grzywki. Na scenie wydawał się nietykalny – mistrz komizmu, którego puenty zaskakiwały w najbardziej nieoczywistych momentach. Jednak za kurtyną oklasków kryło się życie utkane z dramatów tak potężnych, że mogłyby złamać każdego. Śmiech miał we krwi, ale cierpienie niestety również.
Komedia zrodzona z rodzinnych ruin
Jego świat od początku naznaczony był pęknięciem. Matka, sparaliżowana od szyi w dół po chorobie Heine-Medina, i ojciec, który coraz głębiej pogrążał się w alkoholu i hazardzie. Biografka artysty, Katarzyna Czarnecka, w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” kreśliła obraz domu, w którym ojciec „nie bardzo interesuje się domem”. Humor stał się dla młodego Bohdana tarczą i jedyną przestrzenią, w której mógł swobodnie oddychać. Na scenie, u boku Zenona Laskowika, stworzył komediowy geniusz, który przyjaciel artysty, Krzysztof Deszczyński, porównywał do Bustera Keatona – człowieka o kamiennej twarzy. Ta twarz skrywała jednak więcej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Dwa ciosy, po których nie dało się wstać
Prywatnie Smoleń starał się budować normalny dom, w którym z żoną Teresą wychowywał trzech synów. Jednak w 1990 roku jego światem wstrząsnęła tragedia. Nastoletni syn Piotr odebrał sobie życie. „To było kilkaset metrów od domu” – mówił po latach w programie „Niepokonani”. Komik sam znalazł ciało chłopca. Rok później los zadał kolejny, ostateczny cios. W marcu 1991 roku jego żona Teresa popełniła samobójstwo. „Powiesiła się na biustonoszu” – wyznał w tym samym programie. Nie zostawiła listu, nie dała żadnego wyjaśnienia. Po latach Smoleń podsumował to jednym, druzgocącym zdaniem: „Czas. Nikt, nic nie pomoże. Trzeba to samemu... połknąć”.
Przerwa, z której Bohdan Smoleń już nie wrócił
Po tych tragediach żył jak w zawieszeniu. Znajomi wspominali, że chodził jak człowiek „wyjęty z własnego życia”. Uciekł na wieś, gdzie założył fundację i pomagał dzieciom, odnajdując spokój wśród zwierząt. Jak mówił w rozmowie z PAP Zbigniew Górny: „Zgubił swój naturalny sposób bycia, uciekł w samotność”. Choć wracał na scenę, a rola listonosza Edzia w „Świecie według Kiepskich” dała mu nową falę popularności, ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Udary, paraliż, utrata mowy. „Na razie przerwa. Przerwa mać” – rzucił w jednym z wywiadów. Z tej przerwy już nie wrócił. Zmarł w 2016 roku, na zawsze pozostając w pamięci jako artysta, który był jednocześnie śmiechem i bólem.