Jeszcze do niedawna podstawą zaleceń były produkty zbożowe, a tłuszcz traktowano jak zło konieczne. Teraz narracja się zmienia. W nowej wersji piramida dosłownie stoi na wierzchołku, a jej fundamentem nie są już kanapki z białego pieczywa, lecz solidna porcja białka i jakościowych tłuszczów.
Zalecane spożycie białka wzrosło wyraźnie – z 0,8 g do nawet 1,6 g na kilogram masy ciała. To ukłon w stronę aktualnych badań, które łączą odpowiednią podaż protein nie tylko z utrzymaniem masy mięśniowej, ale też z lepszą kontrolą glukozy i niższym ryzykiem chorób metabolicznych. A tych w USA nie brakuje – nadwaga dotyczy dziś blisko trzech czwartych społeczeństwa, a otyłość około 40 procent dorosłych.
Koniec wojny z tłuszczem
Nowe wytyczne robią coś, co jeszcze dekadę temu byłoby nie do pomyślenia: rehabilitują tłuszcze nasycone. Masło, pełnotłuste mleko czy łój wołowy przestają być dietetycznym straszakiem, o ile mieszczą się w rozsądnym limicie – do 10 procent dziennej kaloryczności.
Jednocześnie mocno wybrzmiewa hasło „eat real food”. Chodzi o powrót do jedzenia możliwie jak najmniej przetworzonego. Bez długiej listy dodatków, barwników i aromatów, które w amerykańskich supermarketach są niemal normą. Prosty przekaz, ale w realiach USA – prawdziwe wyzwanie.
Węglowodany pod lupą. Cukier na cenzurowanym
Najbardziej oberwało się cukrom prostym i rafinowanym węglowodanom. Nowe zalecenia mówią wprost: jeden posiłek nie powinien zawierać więcej niż 10 gramów dodanego cukru, a dzieci do czwartego roku życia w ogóle nie powinny go dostawać. To spore zaostrzenie kursu.
Produkty z wysokim indeksem glikemicznym, zwłaszcza białe pieczywo i przetworzone płatki, tracą status podstawy diety. Na ich miejsce wchodzą warzywa i pełne ziarna – bogatsze w błonnik, łagodniejsze dla gospodarki cukrowej. To ważne w kontekście narastających problemów z insulinoopornością, stanem zapalnym i przybieraniem na wadze, które często idą w parze z dietą opartą na szybkich węglowodanach.
Czy nowe zalecenia realnie coś zmienią?
Trzeba uczciwie powiedzieć: to tylko zalecenia. Nikt nie zmusi dorosłych Amerykanów do zmiany przyzwyczajeń z dnia na dzień. Ale dokument będzie podstawą federalnych programów żywieniowych, w tym posiłków szkolnych i systemu pomocy żywnościowej SNAP.
I właśnie tu wielu ekspertów widzi największą szansę. Złe nawyki wyrabiane od dziecka mszczą się latami. Jeśli nic się nie zmieni, prognozy mówią nawet o 80 procentach populacji USA z nadwagą lub otyłością w 2050 roku. To już nie tylko kwestia zdrowia publicznego, ale też kosztów społecznych i – co podnoszą amerykańscy politycy – bezpieczeństwa narodowego. Choroby metaboliczne coraz częściej eliminują młodych ludzi z możliwości służby wojskowej.
Bryan Johnson: krok w dobrą stronę, ale nie bez zastrzeżeń
Nową piramidę skomentował też Bryan Johnson, znany z obsesyjnego wręcz podejścia do długowieczności. Jego zdaniem kierunek zmian jest słuszny, ale diabeł tkwi w szczegółach.
Krytycznie odnosi się do wysokiej pozycji nabiału, wskazując na niekorzystną – z punktu widzenia longevity – kompozycję aminokwasów i możliwe powiązania z deregulacją glukozy, stanem zapalnym czy ryzykiem nowotworów. Podobnie ostrożny jest wobec tłuszczów nasyconych. Przywołuje stanowisko kardiologów, którzy zalecają ograniczenie ich do 5–6 procent kalorii, głównie ze względu na poziom LDL.
Johnson apeluje też o wyraźne wyodrębnienie roślin strączkowych jako kluczowego źródła białka oraz dalsze przesunięcie akcentu w stronę zdrowych tłuszczów: oliwy z oliwek, awokado, orzechów czy tłustych ryb bogatych w omega-3. Te ostatnie, jego zdaniem, są niedoceniane, a ich niedobory mogą mieć długofalowe konsekwencje zdrowotne.
Jedno jest pewne: dotychczasowe zalecenia nie zdały egzaminu, a stan zdrowia publicznego w USA jest tego najlepszym dowodem. Nowe wytyczne nie są idealne i budzą spory, ale wreszcie próbują odpowiedzieć na realne problemy, a nie teoretyczne założenia sprzed dekad. A czasem właśnie od takiego przewrócenia piramidy wszystko się zaczyna.
Źródło: Interia