Spis treści
Szczegóły nowej książki Pauliny Smaszcz. Pisze o relacjach i kryzysach
Na księgarskich półkach zadebiutowała właśnie najnowsza pozycja literacka autorstwa Pauliny Smaszcz. Wydawnictwo noszące tytuł „Jak kochać i pracować, by nie zwariować” powstało przy merytorycznej współpracy z kilkoma ekspertami płci męskiej. Publikacja szczegółowo analizuje mechanizmy rządzące komunikacją w związkach, rozbiera na czynniki pierwsze załamania emocjonalne u partnerów oraz diagnozuje współczesne relacje damsko-męskie.
Poza uniwersalnymi poradami celebrytka zdecydowała się wpleść w narrację mnóstwo osobistych historii, opartych na jej własnej ścieżce kariery oraz zawirowaniach prywatnych. Czytelnicy otrzymują bardzo bezpośrednie nawiązania do dawnego małżeństwa z Maciejem Kurzajewskim, a także wstrząsający opis walki z wyniszczającą dolegliwością. Z doniesień medialnych wynika również, że Smaszcz postanowiła w ten sposób ostatecznie rozliczyć się z własną przeszłością.
Przeczytaj także: Paulina Smaszcz - wiek, wzrost, choroba, dzieci, wykształcenie, mąż, Instagram
Paulina Smaszcz wyznaje prawdę o terapii. Straciła trzech synów
Zaledwie jeden z fragmentów tej obszernej publikacji dziennikarka całkowicie zadedykowała kwestii dbania o zdrowie psychiczne. Autorka wymienia w nim najbardziej wstrząsające zdarzenia ze swojego życia, które na zawsze naznaczyły jej prywatną drogę.
Byłam w terapii już trzy razy. Obecnie też jestem. I czuję, że robię postępy - właśnie dlatego, że wiem, jak trudno byłoby mi się podnieść bez wsparcia specjalisty. Przeszłam wiele. Utraciłam trzech synów. Odeszły dwie moje najbliższe przyjaciółki. Straciłam tatę. Doświadczyłam trzech niedowładów, pięciu operacji. W chorobie zostałam porzucona. Przeszłam rozwód. Potem tragiczny wypadek drugiej miłości.
Dziennikarka zaznacza na łamach poradnika, że przez długie lata zakładała maskę niewzruszonej kobiety i za wszelką cenę ignorowała własne granice wytrzymałości.
Jestem twarda, mocna, pyskata, bezczelna w sięganiu po swoje. Ale wiem też, że długo byłam "silna" za wszelką cenę. Aż w końcu upadłam. I leżałam. Podnosiłam się i znowu upadałam.
Zdecydowany punkt zwrotny nastąpił dopiero w momencie, gdy zdeterminowana celebrytka skierowała swoje kroki do gabinetu wykwalifikowanego specjalisty z prośbą o realne wsparcie.
Dziś stoję prosto, z podniesioną głową. I sama sobie to zawdzięczam. Bo najodważniejszym i najlepszym, co mogłam zrobić, było poproszenie o pomoc. Specjalistyczną. Konkretną. Skuteczną.
Paulina Smaszcz uderza w Macieja Kurzajewskiego. Padły mocne oskarżenia
Kolejne strony obnażają kulisy dramatycznej walki o powrót do sprawności fizycznej. Celebrytka przeszła bardzo skomplikowane zabiegi chirurgiczne kręgosłupa, a groźne zakażenie gronkowcem całkowicie przykuło ją do łóżka na długie miesiące. W tym ekstremalnie trudnym momencie jedynym rzetelnym oparciem okazało się wąskie grono jej najbliższych koleżanek.
I wtedy one - cztery moje przyjaciółki: Solomija, Agnieszka, Aga i Dominika - zaczęły opiekować się mną 24 godziny na dobę. Zmieniały się codziennie. Myły mnie, karmiły, podawały leki, przebierały, pilnowały, żebym nie została sama z bólem. Dziękuję im za to z całego serca. I będę wdzięczna do końca życia.
Wydawnictwo obfituje również w niezwykle krytyczne podsumowanie ówczesnego zachowania Macieja Kurzajewskiego w obliczu jej rodzinnego dramatu.
A ojciec moich dzieci? Nie było go. Zniknął. A przecież pamiętam dobrze – kiedy to on miał zapalenie wyrostka albo skręconą kostkę, byłam na każde skinienie. Dzień i noc. Gdy przyszło do mojej choroby - jego zabrakło. Nie zdziwiło mnie to, ale zabolało. Dość. I tak napisałam o nim więcej, niż wypada o kimś, kto w najtrudniejszym momencie po prostu uciekł.
Żmudna rehabilitacja Pauliny Smaszcz. Rozpoczęła wszystko od zera
Kobieta z detalami relacjonuje swoją mozolną rekonwalescencję po zabiegach. Wyjście z placówki medycznej wiązało się z nauką zupełnie elementarnych ruchów własnego ciała oraz przymusowym startem wycieńczających, codziennych ćwiczeń fizycznych.
Kiedy byłam gotowa, by zacząć rehabilitację, wracałam do absolutnych podstaw: podnieść nogę, zgiąć kolano, stanąć na palcach, unieść rękę za głowę. Każdy ruch wywoływał ból. Ale miałam cel.
Następnie celebrytka nawiązała profesjonalną współpracę z instruktorem sportowym. Utrzymuje w tekście, że radykalna transformacja dotychczasowych nawyków żywieniowych i ruchowych zaowocowała ostatecznym i wyczekiwanym przełomem w leczeniu.
Zgłosiłam się po pomoc nie po to, żeby wyglądać jak milion dolarów. Zgłosiłam się po to, by w ogóle móc chodzić. By mieć siłę wstać z łóżka, zejść po schodach, przestać bać się upadku.
Z najnowszych zapisków wynika, że kobieta wciąż aktywnie rzeźbi i poprawia swoją kondycję, odczuwając przy tym potężną ulgę z powodu pokonania dawnych fizycznych ograniczeń organizmu.